Elektrownia w Młotach

O tunelach będących pozostałością po nie dokończonej budowie elektrowni pompowo-szczytowej w Młotach słyszeliśmy już od paru lat. Zawsze jednak brakowało czasu by dojechać w ten piękny zakątek Polski. W końcu, korzystając z czerwcowego przedłużonego weekendu udaliśmy się (Krzysiek i ja) w tamte rejony. Znalezienie fajnego noclegu w środku nocy nie jest sprawą łatwą, nam udało się trafić wspaniale.

Kimanie

Po przebudzeniu oczom moim ukazał się widok, który od razu postanowiłem uwiecznić


Wlot przy drodze

Po przejechaniu przez wioskę i zasięgnięciu języka oczom naszym ukazał się wlot do tunelu.


tunel

Tunele przypominają klimatem (choć nie kształtem korytarza) te znane z MRU.


wylot

A oto wylot tunelu z przeciwnej strony kończący się rozlewiskiem - może początek dolnego zbiornika elektrowni?
Obok odgałęzienie pozwala wyjść suchą nogą na ląd


To, co w Młotach można zobaczyć zaraz przy drodze, to zaledwie drobny ułamek całości,
którego nie można porównywać do części we wnętrzu Zamkowej Kopy.

Nie schodziliśmy całości wiec nie znam długości wyrobisk, ale jest tego na oko z 10x więcej.
Pojedynczy tunel wychodzi w samej miejscowości, za rzeczką.
Sądzę, że miał być docelowo połączony z tym z drugiej strony drogi (na fotkach powyżej).
Wlot jest zakratowany, a w pobliżu mieszka stróż.
Na stokach góry można się dostać do sztolni przypominającej upadową - zapewne wentylacji obiektu.
Kąt jest dość spory (około 45 st), a zejście wydawało się mało przyjemne, ze względu na rozsypujące się pod nogami drewniane stopnie.
Schodziliśmy na około 20 m w dół. Piszę wydawało się, bo na dole czekały większe atrakcje.
Wewnątrz tunel główny i prostopadły do niego prowadzący na powierzchnię i do komór z pompami nadal odprowadzającymi wodę z obiektu.
Od tego jeszcze 5 bocznych rozgałęzień.
Trzy sztolnie miały wychodzić na wierzchołku góry, gdzie po jego częściowym ścięciu miał powstać górny zbiornik.
Nie zostały wykonane do końca, podobno niewiele brakuje. Postanowiliśmy wspiąć się jednym z tuneli wewnątrz góry na jej szczyt.
Kąt co najmniej 45 stopni, płynące strumyczki wody i osypujące kamienie stanowiły dodatkową atrakcję.
Początkowo wejście ułatwiają betonowe stopnie dla giganta. Potem zamieniają się w rozsypujące się miejscami drewniane stopnie,
a miejscami jakby drabiny. Po drodze doszliśmy trzykrotnie do tam, na wysokość od 1/2 do 2/3 chodnika.
Przy każdej wydawało mi się, że to już (upragniony przez moje nogi) koniec wspinaczki. Wreszcie przed nami przodek.
Pozostało jeszcze zejść w dół pilnując przy każdym kroku, żeby w razie ułamania stopnia wylądować na dupie a nie gębą na tamie ileś metrów poniżej.
Pochylnia może mieć zapewne z 0,5 km, choć moje odczucia były bardzo subiektywne.
Pozostały jeszcze do podejścia 2 pochylnie na szczyt i chodnik okrężny - ale to już następnym razem.
Niestety, gdzieś po drodze założyłem nieprawidłowo kolejny negatyw więc z fotek z wnętrza nici - kolejny powód żeby trafić tam jeszcze raz.


Na powierzchnię

Jedyna udana fotka - wejście i wyjście do systemu sztolnią wentylacyjną. Do pokonania około 20 m wysokości